wtorek, 25 września 2012
"Who knew?"
Nie będę się witać, nie. Nie będzie tutaj długiej przemowy na wstępie. Nie po to tu jestem. Założyłam bloga, bo chcę się wyżalić, wiecie... Anonimowość w dzisiejszych czasach to duży plus. Prawdopodobnie mój tok myślenia wskaże Wam, drodzy czytelnicy, że wcale nie jestem mądrą kobietą - a powinnam już być, gdyż mam swoje lata za uszami. Piszę tutaj, ponieważ życie przytłoczyło mnie swoim ciężarem. Na pewno stwierdzicie, że inni mają gorzej, ale szukam rady, drogowskazu, pocieszenia. Sama nie wiem, czego. Jestem w końcu kobietą, prawda? A to typowe u tej płci, niezdecydowanie. Pragnienie dążenia do celu, chociaż niekoniecznie jest on wiadomy. Błądzenie po omacku, doszukiwanie się dziury w całym to nasza specjalność, nieprawdaż? Mam nadzieję, że pisząc tutaj to, co mnie gnębi, odnajdę jakąś radę w Waszych komentarzach. Nie liczę na wiele, nie, nie. Pewnie po pierwszym poście nikt tutaj nie zaglądnie, mimo że chciałabym.
Może zacznę od początku. Taak, mam zamiar pisać o zauroczeniu, dziwne? Nie... Zaczęło się niewinnie (jak zawsze w taniej telenoweli), miał oprowadzić mnie po mieście, gdyż byłam w nim nowa. Nie pytajcie skąd w ogóle dostałam jego numer (mamina poczta pantoflowa, ugh). Byliśmy umówieni, wyglądało to trochę jak randka w ciemno, bo żadne z nas wcześniej nie wiedziało o swoim istnieniu. Postanowiłam przyjść na umówione miejsce piętnaście minut przed czasem, aby w razie, gdy kandydat na oprowadzacza okazałby się mało urokliwy, móc uciec niezauważoną. Na moje nieszczęście on także chciał sprawdzić, jak się sprawy mają. Widziałam z daleka, że odpisuje na moje wiadomości. W sumie nie był taki zły, więc zostałam. Zastanawiałam się tylko, dlaczego kapie z niego woda. Jak się potem okazało, pogoda się pogorszyła. Tak! Wspaniały deszczowy dzień na zwiedzanie miasta, no cóż. Wybiła godzina zero i trzeba było się ujawnić, więc zgrabnie wystukałam na klawiaturze "I'm sitting on the bench under clock". W mgnieniu oka znalazł się obok mnie i elegancko przedstawił ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Szczerze? Myślałam, że będzie gorzej... I tak w deszczu obeszliśmy całe miasto, wraz z różnymi najdziwniejszymi zakamarkami.
Dalej, było już tylko lepiej... Spędziliśmy cały dzień na miłej rozmowie o głupotach. Po całym "zwiedzaniu" zaprosiłam delikwenta na herbatę - no bo przecież jeszcze przeze mnie będzie chory - której, jak się okazało, nie pije. Przynajmniej udało nam się trochę wyschnąć. Podczas grzania się w domu spontanicznie zaprosił mnie do kina (na jeszcze ten sam wieczór). Film okazał się niezłą komedią, uśmiałam się jak nigdy. Na koniec grzecznie odprowadził mnie do domu i kulturalnie się pożegnał. Przez kilka następnych dni spotykaliśmy się codziennie; raz ja przychodziłam do niego, rozmawialiśmy o gustach filmowych, o kubkach smakowych, o tym, co kto potrafi przygotować, czasem on przychodził do mnie i zachwycał się świetlikiem w kuchni, który dawał imponująco dużo światła. Minęło trochę czasu, aż któregoś razu wydukał krótkie "I fancy you". Szczerze? Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Do teraz tak do końca nie wiem, jakie miał w tym zamiary. Musiałabym zapytać jakiegoś anglisty, jak to dokładnie odnosi się do życia codziennego. Kiedy zapytałam, co to oznacza, wytłumaczył mi to, ale nie do końca jasno, a ja nie chciałam więcej drążyć (żeby nie wyjść na kretynkę oczywiście). Spotykaliśmy się nadal, dowiedziałam się o jego pasjach, o tym, że jest strasznie dziecinny mimo swojego wieku. Swoją drogą faceci chyba nigdy nie wyrastają z zabawek, czy większych czy mniejszych, ale ten stan nigdy nie następuje. Puściłam tą uwagę mimo uszu, bo nigdy wcześniej nie zauważyłam przejawów tej cechy. Znów minęło trochę czasu, skończył mu się urlop, wrócił do pracy, z resztą ja podobnie i nie spędzaliśmy już całych dni razem. Zdarzało nam się widzieć raz, w weekend. Do czasu aż nie wyrzucono mnie nagle z mieszkania, on od razu zaproponował pomoc. Mieszka sam w domu z czterema pokojami, więc mogłam sobie wybrać, który będzie mój. Znajomość, przynajmniej z mojej strony, utrzymywała się na poziomie przyjaciół aż nie spędziłam trochę czasu u niego. Co wieczór przed pójściem do swoich pokoi na noc, przychodził się przytulić i powiedzieć "good night". Raz zdarzyło mu się rzucić krótkiego cmoka w policzek... I wtedy to się stało, jakby cofnął się z całą znajomością wstecz. Po pracy zaczął znikać i wracał dopiero, gdy ja już spałam. Na prawdę, nie wiem czego on może w tym momencie ode mnie oczekiwać, albo co stało się nie tak. Wtedy, kiedy on się cofnął, ja przebiegłam cały maraton do przodu. Och, moi drodzy nieczytający tego czytelnicy, zostałam w kropce i całe dnie spędzam tylko na myśleniu, co takiego się wydarzyło, że on zrobił tyle kroków w tył podczas kiedy ja zdążyłam się już przyzwyczaić.
Dlaczego nic nie może być proste i stałe? Liczę, że może ktoś z Was podpowie mi, co jest grane...
Pozdrawiam,
Wasza droga,
Bezsprzeczna.
Bezsprzeczna.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz